Od złamanej kości do biznesu społecznego, czyli kooperatywa i Pierożki-Lepioszki

Od złamanej kości do biznesu społecznego, czyli kooperatywa i Pierożki-Lepioszki

Wszyscy wiemy, że życie pisze najciekawsze scenariusze… Viktoria nie planowała złamania kości biodrowej, a Wincenty nie sądził, że zakocha się w ukraińskim fast-foodzie. Dziś, otoczeni grupą życzliwych ludzi, rozkręcają społeczny biznes, który nie tylko nakarmi Polaków, ale stworzy bezpieczną przystań zawodową Ukraińcom, szukającym oddechu od wojny w naszym kraju.

Skąd się biorą przedsiębiorstwa społeczne?

Na to pytanie odpowiedzi może być kilka, ale żadna z nich nie będzie brzmieć „z chęci zysku”. „PeeSy” powstają zazwyczaj z potrzeby serca czy w wyniku sytuacji, w której znalazł się pomysłodawca lub jego bliscy. Zdarza się też, że o ich istnieniu decyduje przypadek, na który nakładają się sprzyjające, choć nie zawsze łatwe, okoliczności. Tak było w przypadku współzałożycielki Ukraińsko-Polskiej Kooperatywy Razem, która kryje się pod o wiele ciekawszą nazwą – Pierożki-Lepioszki. Viktoria Paskal przyjechała do Polski na początku nowego tysiąclecia, w celach zarobkowych, by niedługo później sprowadzić tu jedenastoletnią wówczas córkę, Olhę. Przez dłuższy czas pracowała w restauracji, ale kilka lat temu złamała biodro, więc jej świat zamknął się w czterech ścianach domu, gdzie dalej robiła to, co umie i lubi – gotowała. Jej domowe specjały stały się popularne w mediach społecznościowych, bo miały „wschodnią duszę” i wspaniały smak, na które skusił się trzeci bohater tej opowieści, Wincenty Sienkiewicz. Zadowolony klient sam przyjeżdżał do Viktorii po posiłki i spędzał z nią coraz więcej czasu. Zaprzyjaźnili się do tego stopnia, że zaczęli gotować razem, a pan Wincenty coraz częściej wspominał o tym, że znane na Ukrainie lepioszki, serwowane przez Viktorię, to cud, który powinien rzucić warszawski rynek przekąskowy na kolana. Sprawa była prosta: Wincenty – marketingowiec i Viktoria – mistszyni wypieków, z pomocą rzutkiej w social mediach, trzydziestoletniej dziś, Olhy, otwierają mały punkt gastronomiczny. Plan lekki, łatwy i przyjemny, na którego drodze stanęła wojna na Ukrainie. Teraz dopiero okazało się, że mały, prywatny punkt gastronomiczny może stać się wsparciem dla wielu Ukraińców, którzy nie przyjechali do Polski „za chlebem”, ale z konieczności i bez planów na przyszłość.

Chcę mieć przedsiębiorstwo społeczne, ale jak to zrobić?

By dowiedzieć się, jak założyć instytucję, która, zarabiając na siebie, będzie wspierać cudzoziemców w trudnej sytuacji, założyciele biznesu lepioszkowego zgłosili się do przewodniczącego Krajowej Rady Spółdzielczej, Jerzego Jankowskiego. On pierwszy doradził  i opowiedział im o możliwościach, jakie daje ekonomia społeczna, rodzajach instytucji, które można w jej ramach założyć, a także polecił skontaktować się z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

FISE, granty i cała reszta

Pierożki-Lepioszki zaczynały przygodę z polskim rynkiem od domowej kuchni Viktorii Paskal. Teraz, gdy w kooperatywie jest 20 osób (18 Ukraińców i 2 Polaków), sprawa nie może być już tak kameralna. Dlatego Warszawska Spółdzielnia Spożywców na Pradze przyznała kooperatywie starą, ale obszerną kuchnię w podwarszawskim Rembertowie. Kuchnię, której właśnie w tej chwili przywracany jest dawno utracony blask, dzięki grantowi, uzyskanemu za sprawą OWESu prowadzony przez FISE oraz dotacji ze środków publicznych, a dokładniej z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego. Fundacja wspiera nas w zasadzie pod każdym względem, nie tylko finansowo. Nasi pracownicy przechodzą tu szkolenia, mamy do dyspozycji fundacyjnych doradców – jak nie wiemy, jak coś zrobić, to rozwiązanie pojawia się natychmiast, mówi Olha, która nie jest już tylko pomocnicą w biznesie mamy, ale członkinią zarządu.  W ogóle, odkąd zaczęliśmy myśleć o stworzeniu firmy społecznej, otacza nas mnóstwo pomocnych ludzi. Gdybyśmy działali całkiem sami, pewnie w końcu osiągnęlibyśmy cel, ale trwałoby to sto razy dłużej i nie wiem, czy dalibyśmy radę finansowo. Jeśli o finansach mowa, należy zaznaczyć, że rembertowska kuchnia nie jest na razie obciążona żadnymi opłatami, a po remoncie będzie, ale zdecydowanie niższymi, niż rynkowe.

Pierożki-Lepioszki a zupa w słoiku

Przedsiębiorstwo nazywa się uroczo, ale co będzie, jak zacznie serwować inne dania? No właśnie i tu nie możemy dojść z panem Wincentym do porozumienia – ja upieram się przy lepioszkach, a on twierdzi, że głupio będzie, gdy w warszawskich, a później i polskich sklepach będzie można kupić np. pomidorową o nazwie Pierożki Lepioszki, śmieje się Olha, choć raczej niesłusznie. Wiele polskich firm gastronomicznych serwuje różne dania pod nazwą jednego i prosperują znakomicie – czemu tu miałoby być inaczej? A tak swoją drogą, co kryje się pod tą swojską nazwą? Pani Viktoria tłumaczy: U nas, na Ukrainie, to taka pospolita, sycąca przekąska dla dzieci. Kiedy trzeba było natychmiast nakarmić głodną zgraję, robiło się na szybko ciasto, wkładało do środka to, co było pod ręką i hop, na patelnię. Dzieci przychodziły do kuchni, czasem wkładały do niej tylko rękę przez okno i odbierały gorący pieróg. Nie sądziłam, że to się Polakom tak spodoba! A jest co się podobać – miękkie, aromatyczne ciasto, prawie jak francuskie, ale bardziej mięsiste i puszyste. W środku kapusta, ziemniaki lub mięso, choć pewnie na słodko też byłyby dobre. Jeden lepioszek jest na tyle duży, że zajmuje żołądek na długo, ale nie na tyle „ciężki”, by zmusić smakosza do sjesty po obfitym posiłku.
Zaczynali od maleńkiego stoiska na ścianie hali mirowskiej, dziś chcą zawojować polskie sklepy spożywcze. Mają gdzie gotować, mają chętnych do pracy i zdobywają chętnych do konsumpcji. Mieli działać dla siebie, zaczęli działać dla i z pomocą innych. Odkąd dostali pomieszczenia w Rembertowie, nie gotują, co dość oczywiste. Olha twierdzi, że nie mogą doczekać się chwili, gdy prace ruszą pełną parą, bo robi się ciężko… Jak to przy remontach bywa, ciągle wyskakuje coś, czego nie było w planach. Na szczęście mamy cierpliwych pracowników, ekipę remontową i w ogóle – sami jesteś my cierpliwi, ale ile można? – mówi Olha, choć z jej twarzy nie schodzi uśmiech.
Czego można życzyć im i… swoim podniebieniom? Niech remont kuchni szybko się skończy, bo Warszawa, a zwłaszcza warszawska FISE, ma ochotę na lepioszki!

KOMENTUJ: