Kurier w czasach zarazy

Kurier w czasach zarazy

 

Pandemia COVID 19 zmusiła wielu przedsiębiorców do przeniesienia się do świata wirtualnego. Dla gastronomii, która ucierpiała w czasie lockdownu, dowóz jest często jedyną szansą na prowadzenie biznesu. W tej układance kluczowym elementem są kurierzy-dostawcy. Ale to platformy do zamawiania jedzenia w czasie kryzysu przeżywają okres żniw.

Jakub ma 25 lat. Mieszka na Śląsku. Od miesiąca pracuje jako kurier Glovo. Okazuje się, że dowożąc jedzenie, nie można zarabiać proporcjonalnie do czasu pracy. W czasie pandemii wśród kurierów jest  duża konkurencja.

Kurier – też człowiek

–  Ostatnio było sporo przyjęć do Glovo. To przełożyło się na obłożenie bloków czasowych, w jakich kurier chce pracować. Wszystko jest zarezerwowane,  praktycznie nie ma nic wolnego – mówi.

W samej pracy kuriera w czasie pandemii właściwie nic się nie zmieniło. Jedyną różnicą,  jest mniejszy ruch na drodze, a także konieczność dezynfekcji rąk i noszenia maseczki na każdym etapie realizacji zamówienia. Jeśli chodzi o klientów, to nie spotkał się z jakimiś negatywnymi sytuacjami. Klienci często korzystają z wyboru dostawy bezdotykowej – zamówienie układane jest pod drzwiami. Gdy domownik odbierze paczkę, kurier może iść dalej, realizować kolejne zamówienie.

– Wszystko wyświetla się w aplikacji. Klikam „rozpocznij zlecenie” i wiem, gdzie mam jechać po zamówienie oraz gdzie je dostarczyć – mówi Jakub. Jedynym wymogiem w tej pracy jest własny środek transportu – może to być samochód, skuter lub rower. Należy także ponieść koszty paliwa i amortyzacji sprzętu – firmy płacą jedynie za dostawę zamówienia.

W Glovo, żeby zostać kurierem, wystarczy wypełnić  formularz. Następnie trzeba czekać na pozytywną decyzję, która następuje po weryfikacji dokumentów oraz podać adres, na jaki ma zostać przysłany potrzebny do pracy sprzęt.

– Po przyjściu sprzętu, aktywujemy kartę, którą niekiedy trzeba będzie płacić za zamówienie klienta w punkcie odbioru i możemy zalogować się na swoje konto, próbując złapać bloki czasowe. Zatrudnienie można zdobyć albo poprzez  tak zwanego “partnera” – firmę, z którą podpisujemy umowę zlecenia –  lub bezpośrednio podjąć współpracę z platformą na zasadzie prowadzenia własnej działalność gospodarczej. Zarobki są różne. Wszystko zależy od tego, ile zamówień kurier będzie miał do realizacji i ile godzin będzie pracował.

– Ja w ciągu czterech godzin zarabiam pomiędzy 80-120 złotych. Ta górna stawka ma miejsce, kiedy leci zamówienie za zamówieniem. Glovo w niektórych miastach daje tzw. “gwaranta”, czyli stawkę gwarantowaną za godzinę pracy, co dla kuriera jest bardzo korzystne, bo jeżeli nie zrealizuje zamówień powyżej tej kwoty, firma wyrównuje płacę do obiecanej stawki godzinowej – podsumowuje Jakub.

Platformy do zamawiania na celowniku

Na jednym krańcu łańcucha pokarmowego są kurierzy, których z tygodnia na tydzień przybywa. To jedna z popularnych form zatrudniania się cudzoziemców, dla których polskie stawki są wciąż atrakcyjne. Na drugim końcu stoją restauratorzy.  To oni kilka tygodni temu podnieśli larum. Nie godzą się na warunki dyktowane przez  platformy zajmujące się dowozem jedzenia, które w czasach korona-kryzysu pobierają nawet 30 proc. ceny płaconej przez klienta za zamówienie.

Restauratorzy narzekają, że operatorzy platform nie chcą negocjować, a to może się okazać niezgodne z prawem.  Platformami typu Glovo, Uber Eats i Wolt zajmie się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Wniosek o kontrolę w trybie interwencji poselskiej złożyła posłanka Koalicji Obywatelskiej Urszula Zielińska. Adrian Zandberg, poseł partii Razem w Sejmie nazwał prowizje pobierane przez dostawców jedzenia „wyzyskiem”. Złożył nawet projekt poprawki do procedowanej w Sejmie ustawy, która ma określać wysokości prowizji pobieranych przez firmy pośredniczące pomiędzy klientem, a restauracją.

Platformy z kolei zasłaniają się tym, że dostawy i obsługa klientów są kosztowne. Ich zdaniem połowa prowizji i całość opłaty za dowóz wędruje do kieszeni kuriera. Czy na pewno?

– Wiele osób zamawia pizzę z myślą o tym, że wspiera lokalną pizzerię i pomaga jej przetrwać. Okazuje się, że duża część kwoty, którą widzimy na rachunku, płynie nie do pizzerii, ale na konta korporacji. Na tym rynku dobrze widać, jak często największym wrogiem drobnych przedsiębiorców jest wielki biznes – grzmiał w Sejmie Zandberg.

 To palący problem dla przedsiębiorstw ekonomii społecznej, które w znacznej części działają właśnie w branży gastro. Ci mówią wprost – nie stać nas współpracę z platformami. Z drugiej strony możliwość sprzedaży jedzenia z dowozem do klienta pomogłaby firmom społecznym przetrwać najcięższe czasy.

Polski pomysł na dostawy

Taka sytuacja wymusiła na przedsiębiorcach konieczność wdrożenia nowych inicjatyw. Restauratorzy, którzy nie chcieli płacić 30 proc. wartości swojego zamówienia, połączyli siły. W kwietniu powstała platforma do zamawiania Wspieram Gastro Warszawa, która potem przekształciła się w Knajp.pl. Stworzyli ją ludzie, którzy nie mieli wcześniej doświadczenia w prowadzeniu biznesu polegającego na dowożeniu żywności: Tomasz Czudowski, Enio Chłapowski-Myjak oraz Michał Juda. Obecnie w serwisie działa ok. 60 restauracji. Zamówienia przyjmowane są online, a dowóz realizowany we własnym zakresie, np. przy pomocy pracowników restauracji. Knajp.pl działa na zasadzie abonamentu. Przy liczbie zamówień nieprzekraczających 90 miesięcznie, przedsiębiorca musi zapłacić 89,40 zł netto. Gdy zamówień jest więcej, wówczas stawka rośnie do 149,90 zł netto.

Odpowiedzią na problem jest także firma Deligoo. Obsługuje 600 restauracji w 22 miastach Polski, i niedawno nawet weszła także do Warszawy i Gdyni. W ogłoszeniach o pracę Deligoo oferuje kurierowi zarobki rzędu od 3500 – 5500 zł przy pracy na pełen etat. Nie ma znaczenia, ile zamówień dziennie zrealizuje.

Kurier z przymusu

W dobie epidemii praca kuriera nie tylko jest popularna, ale także pożądana. Kilka tygodni temu Polskę obiegła informacja, że mistrz olimpijski w szpadzie z Londynu rozwozi rowerem jedzenie w Łodzi. Ruben Limardo Gascon z powodu kryzysu utracił stypendium, które pozwoliło mu na spokojne przygotowania do Igrzysk w Tokio (przesuniętych z powodu pandemii). Stanął w obliczu braku dochodów. Chwali pracę kuriera rowerowego również za to, że pozwala mu na regularną sportową aktywność. Wiele osób wybrało tę formę jako sposób na dorabianie, ale dla sporej grupy jest to jedyna forma zarobkowania.

Co zatem wydarzy się po pandemii, kiedy restauracje znów będą otwarte, a gospodarka nie odrodzi się w tak szybkim tempie?

Żeby znaleźć odpowiedź, warto spojrzeć wstecz. Na Zachodzie „rowerowa” forma dowożenia jedzenia jest popularna już od kilkunastu lat . To właśnie od tamtejszych rynków zaczynali swoją działalność gracze, którzy dziś działają na zasadzie aplikacji. We Francji, kluczową postacią, która urosła do rangi symbolu walki o prawa pracownicze kurierów, jest 24 –letni Jean-Daniel Zamor, student prawa, który dorabiał jako kurier dowożący jedzenie między innymi  dla Uber Eats, czy Stuart. Podkreśla, że nie boi się pracy. Urodził się w haitańskiej rodzinie, która uciekła z wyspy jeszcze przed jego narodzinami. Na pierwszym roku studiów pracował 11 godzin dziennie w tradycyjnej firmie kurierskiej należącej do jego ojca. Potem znalazł pracę w magazynie, a kiedy przeprowadził się na studia prawnicze do Paryża, rozwoził rowerem jedzenie  do 22.00.

Ostatecznie stanął na czele kampanii, mającej na celu poprawę warunków pracy około 200 tysięcy pracowników we Francji. Jako szef paryskiego Collective of Independent Deliverymen (CLAP) twierdzi, że kurierzy rowerowi – którzy zarabiają około 2 euro za dostarczenie pizzy, przemierzając na rowerze kilometry, są swego rodzaju nową klasą robotniczą, która jest w dużej mierze pomijana przez związki zawodowe i narażona na wyzysk. We współpracy z 34 kolektywami kurierskimi, w 12 innych krajach chce przenieść swoją walkę z gruntu francuskiego na europejski . Do swoich postulatów chcą także przekonać szefową Komisji Europejskiej –  Ursulę von der Leyen. Kurierzy w porozumieniu z innymi przedstawicielstwami tzw. „gig economy” (polegającej  na realizacji pojedynczych zleceń i projektów)  chcą, by UE pomogła wypracować przepisy chroniące prawa kurierów. Okazuje się, że w Brukseli mogą trafić na podatny grunt. Margrethe Vestager z KE ​​popiera pomysł przyznania pracownikom platform  praw do rokowań zbiorowych, a Ursula von der Leyen zapowiedziała bliższe przyjrzenie się problemowi.

W wywiadzie dla amerykańskiego „Politico” Zamor wskazuje, że kurierzy utknęli między platformami,  a związkami zawodowymi.  Nie są bowiem członkami tradycyjnych organizacji związkowych, co znacznie utrudnia im walkę o swoje prawa. Ale sprawa nie jest przegrana.

W sierpniu 2019 roku cały świat dowiedział się o parazwiązku zawodowym – CLAP, który założył Jean-Daniel Zamor. Kurierzy rowerowi nawoływali klientów do bojkotu aplikacji Deliveroo, która obniżyła kurierom stawki. Firma zdecydowała, że nie będzie już gwarantować minimalnej stawki 4,70 euro za dostawę na terenie Paryża. Brytyjskie Deliveroo obniżyło również wynagrodzenie za krótsze podróże, jednocześnie zwiększając je za trasy dłuższe, których wielu kurierów unika z powodu braku opłacalności.

Zamor i inni prosili klientów, by tylko przez jeden dzień nie zamawiali jedzenia przy pomocy Deliveroo, ani nie instalowali aplikacji. Warto podkreślić, że francuski rynek jest drugim co do wielkości, dla brytyjskiej firmy, na którym obsługuje około 10 tysięcy restauracji w około 200 francuskich miastach.

Organizacja CLAP to zupełnie nowa jakość związków zawodowych. Działa o wiele szybciej niż te tradycyjne, i ma ogromne zasięgi. To dlatego, że skupia się przede wszystkim na mediach społecznościowych. Dzięki temu jest w stanie wywołać w trybie natychmiastowym dyskusję publiczną na palący temat, poinformować i alarmować o nadużyciach.

Rowerem po Polsce

Ale co w przyszłości stanie się z naszymi rodzimymi kurierami, którzy póki co nie wywalczyli sobie żadnych praw?

Ze wszelkich szacunków wynika, że kurierzy nie znikną z polskich ulic. Jeszcze przed pandemią, PizzaPortal.pl w swoim raporcie „Klikasz i jesz. Raport o rynku dostaw jedzenia w Polsce 2019” wskazywał, że branża dostaw rośnie w średnim tempie od 3-5 proc. rocznie. Wzrost liczby dostaw związany jest organicznie z rozrastającą się branżą gastronomiczną. Największą grupą klientów są osoby pomiędzy 15-34 rokiem życia. We wcześniejszych edycjach badania wskazywano, że rynek zamówień był wart 900 mln złotych w 2018 roku, a w 2019 roku może być wart 1,3 mld złotych. Tymczasem badanie z marca 2020 roku wskazuje, że w ubiegłym roku był on wart już 1,8 mld złotych. Do tak szybkiego  rozwoju przyczynia się znacznie cyfryzacja społeczeństwa, bo aż 64 proc. zamówień była dokonywana przy pomocy urządzeń mobilnych. Z komputera skorzystało 36 proc. zamawiających. W ujęciu globalnym w 2018 r. rynek usług dostaw żywności online była warta 23,5 mld dolarów. Eksperci szacują, że w 2027 roku branża osiągnie wartość 99,7 mld dolarów.

Ale tylko pozornie los dostawców żywności jest pewny i bezpieczny. Być może pracy dla nich nie zabraknie, ale nie zapowiada się także na to, żeby platformy umożliwiające zamówienia on line, podniosły pracownikom w terenie zarobki, ani zagwarantowały lepsze warunki wykonywania zawodu i etatowe zatrudnienie. Póki co dostarczyciele mogą mieć nadzieje, że rząd Polski lub Unia Europejska przyjdzie im z pomocą. Albo liczyć na siebie, i wdrażając nowoczesne rozwiązania samodzielnie zawalczyć o swoje prawa.  

 

 
Paweł Bednarz zajmuje się gospodarką i biznesem od 2008 roku. Pisał dla Dziennika Gazety Prawnej, Onetu, Business Insider Polska, Forbes oraz Wprost. Pracował jako wydawca i producent w TVN 24 BiŚ oraz TVN CNBC. Współpracował także z magazynem „The New Yorker” i laureatem nagrody Pulitzera – Jake’iem Halpernem.

KOMENTUJ: